Telewizyjna gatunkowość, część druga: Szymon Majewski a Jason Mittell

TEORIA

Szymon Majewski Show to jeden z najbardziej popularnych programów rozrywkowych emitowanych aktualnie w polskiej telewizji. Jest on nastawiony na satyrę, zarówno tę o charakterze politycznym, jak i ogólnokulturowym. Gospodarz, wybierając najciekawsze wydarzenia z całego tygodnia, prezentuje je w sposób prześmiewczy, żartobliwy.

Tak naprawdę ciężko zaklasyfikować ten program do jednego wybranego gatunku, ponieważ zawiera w sobie zarówno parodię programów informacyjnych, jak i talk show, dlatego też przy opisaniu krótkiej historii i zarysu gatunku, będziemy się opierać na tych dwóch wcześniej wymienionych typach.

Parodie programów informacyjnych prezentowane są na antenie w formie bardzo zbliżonej do zwykłych wieczornych wiadomości. Parodie te obecne są w telewizji od końca lat sześćdziesiątych. W Wielkiej Brytanii za pierwszy program tego typu uważa się That Was The Week That Was, w którym występowały takie nazwiska jak Peter Cook, czy David Frost. W Stanach Zjednoczonych pierwszeństwo wiedzie Saturday Night Live, który zresztą emitowany jest do dzisiaj. Jeżeli chodzi o Polskę to pierwszym i zarazem najbardziej popularnym, nawet po dzień dzisiejszy, programem parodystycznym był Dziennik Telewizyjny Jacka Fedorowicza.

Programy tego typu opierają się na ironii, dystansie do otaczającego świata i często dość złośliwym komentarzu, który oczywiście ma uatrakcyjnić tę formułę.

Jeżeli chodzi o talk show, to głównym założeniem tego typu programów są zaproszeni do studia goście, najczęściej jakieś znane osobistości, które dyskutują na tematy wybierane przez prowadzącego, bądź też opowiadają o swoim życiu prywatnym, czy zawodowym. Programy te emitowane są od samego początku istnienia telewizji, a za najsłynniejsze można uznać The Tonight Show with Jay Leno, Late Show with David Letterman czy oczywiście program Opry Winfrey. W Polsce najpopularniejsze to Kuba Wojewódzki, Rozmowy w toku  czy wybrany przez nas Szymon Majewski Show, chociaż nie brak programów o „poważniejszej” treści, jak Teraz My, Kropka nad i czy Warto rozmawiać.

Szymon Majewski Show nadawany jest w stacji TVN od września 2005 roku. Emitowany jest w każdy poniedziałkowy wieczór (poza przerwą wiosenno-letnią).Od tego czasu program dorobił się już dwunastej serii i wciąż cieszy się popularnością (ostatnio coraz mniejszą, ale jednak). Można zaryzykować stwierdzenie, że początkowo był to one man show – uwagę widzów przyciągał właściwie wyłącznie ekscentryczny prowadzący i jego dość oryginalne poczucie humoru. Z czasem jednak, jak wszystko, jego postać musiała się lekko znudzić. W każdym sezonie Szymon Majewski urozmaicał formułę programu, wprowadzając nowe segmenty, zmieniając stare, które już „przekwitły”, jednak ogólny schemat od samego początku wygląda dość podobnie. Program rozpoczyna parodia programów informacyjnych, w której prowadzący komentuje wydarzenia z ubiegłego tygodnia, następnie do studia zapraszani są goście, a na sam koniec prezentowany jest segment Rozmowy w tłoku, (funkcjonujący czasem pod inną nazwą, jak np. w przypadku wybranego przez nas odcinka – SMS Factor) w którym aktorzy parodiują charakterystyczne postaci ze świata filmu, polityki, muzyki czy ogólnie pojętej kultury.

PRAKTYKA

Osobliwa forma wybrana przez twórców programu prowadzonego przez Szymona Majewskiego już na starcie zwraca na siebie uwagę – z jednej strony liczne elementy sugerują, że w zamyśle główną rolę odgrywać ma satyra – świadczy o tym przede wszystkim czołówka, która mimo ulegania ciągłym zmianom (będących owocem zmian na scenie politycznej) skupia się na przedstawianiu w żartobliwy sposób najszerzej rozpoznawalnych twarzy przedstawicieli wiodących partii; jak również segment Rozmów w tłoku, który w większości przypadków wykorzystuje ucharakteryzowanych kabareciarzy do wyśmiewania najświeższych wydarzeń politycznych. Jednak z drugiej strony nie sposób nie zauważyć, że lwią część programu zajmuje nie satyra czy komentarz, lecz talk show – bardzo luźna, oszlifowana z wszelkich kantów rozmowa między Majewskim a parą zaproszonych gości. Analizę jednego epizodu SMS pod kątem tego, w jaki sposób wprowadzono w życie wzorce definicji telewizyjnych gatunków warto będzie rozpocząć właśnie od tego elementu.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to zmiana względem metody przedstawiania gości. O ile mnie pamięć nie myli, programy tego typu zazwyczaj rozpoczynają (rozpoczynały) od wprowadzenia jednej osoby, tak, że przez część czasu rozmowa przebiega w cztery oczy plus widownia. Mniej więcej w połowie odcinka witany był drugi gość, na którego przenosiła się uwaga prowadzącego. Zawsze uważałem, że coś z tą formą jest nie tak – gość numer jeden, jak tylko pojawił się gość numer dwa, praktycznie znikał z dyskusji, siedząc cicho z boku i emanując niezręcznością.

Z drugiej strony wprowadzenie w programie Szymona obu gości naraz zwróciło uwagę, czy też raczej podkreśliło, niebywałą płytkość i, hmm, ogólność rozmowy. Zaproszonemu Borysowi Szycowi i Mai Ostaszewskiej nie tylko nie zdarzyło się powiedzieć czegokolwiek interesującego, ale, co gorsza, nie zostali oni uraczeni żadnymi ciekawszymi pytaniami. Całość dyskusji, o ile można ją tak nazwać, sprowadzała się do nieidących donikąd zmian tematów, zabaw i wymian żarcików, prezentacji jednego z modnych akurat filmików z YT, całość zaś zakończona została wręczeniem nagród, które prezentowane były za pomocą bolesnych kalamburów. Na pierwszy rzut oka segment zahaczający o talk show niezbyt pasuje do większości definicji tego gatunku – żaden z poruszanych tematów nie został wydrążony na tyle, żeby można było go uznać za przyczynę lub cel zaproszenia gości. Konkrety zaczynają się objawiać dopiero po szerszej analizie.

Najnowszy odcinek SMS zamienił, co mnie trochę zaskoczyło, satyryczne (słabe, ale wciąż satyryczne i traktujące więcej o pop-polityce niż popkulturze) Rozmowy w tłoku na parodię programu X Factor, której nadano wybitnie i rewolucyjnie dowcipnie prześmiewczy tytuł SMS Factor. W podziwie dla tej kreatywności od razu złapałem za gęsie pióro i począłem pisać list gratulacyjny dla twórców programu. Ale mniejsza z tym.

Owszem, SMS Factor również okazał się być segmentem satyrycznym, zresztą równie nieśmiesznym i przewidywalnym co dotychczasowe Rozmowy, jednak tym razem wyśmiewano nie polityków, nie Gwiazdy, O Których Ostatnio Było Głośno, ale coś pochodzącego ze znacznie, znacznie węższego kręgu. Przyznam szczerze, że przez większość czasu czułem się kompletnie zagubiony – nie znając parodiowanego programu ani nawet połowy jego jurorów, nie byłem pewien, co dokładnie powinienem uważać za śmieszne. Na szczęście to zagubienie szybko zostało przesłonięte zażenowaniem z powodu poziomu dowcipów, których szczytem okazało się zaprezentowanie ozdobionej w corpse paint i inne typowo black metalowe atrybuty kapeli złożonej z karłów, którzy, a jakże, zagrali krótki death metalowy utwór o słodkich truskawkach, cukrze i lukrze. Widząc geniusz stojący za SMS począłem wznosić ołtarz ku czci Nowych Kolumbów Humoru, ale po chwili porzuciłem ten projekt, bo doszło do mnie, że ktoś założył, że rozbawią mnie ludzie borykający się z wadami genetycznymi. Brakowało jeszcze pokazać kobietę z brodą, chociaż w ostateczności ujdzie Majewski (ponownie) przebrany za kobietę. Jaki program, taki cyrk.

Odstawiając na bok nieodnoszące się do materii uwagi: satyryczny segment SMS wyśmiał głośny na czas emisji program, czym pokazał, że trzyma rękę na pulsie i nie nabija się z czegoś, o czym nikt już nie pamięta. Jeśli dobrze rozumiem, to sama forma też była odpowiednia: udająca amatorkę Kayah została zrugana przez jurorów, którzy tłumaczyli swoją decyzję w taki sposób, że wyglądało, jakby chwalili piosenkarkę. Z kolei kapela złożona z karłów została doceniona, pochwalona, a jedna z osób zasiadających w jury stwierdziła, że grany przez zespół utwór (przypomnę: wzorujący się na gramatyce death metalowej) jest prawie że balladą, i że jest to jedna z tych piosenek, którą można zanucić i całość odżywa w głowie. Z naukowego punktu widzenia (mam dyplom w tej dziedzinie) zarówno cały segment, jak i poszczególne zawarte w nim żarty, zasługują na to, by nazwać całość satyrą i/lub parodią.

Wracając do zdania kończącego akapit traktujący o rozmowie z gośćmi: przyglądając się obu częściom programu nie można dojść do wniosku innego, niż następujący: SMS nie jest ani w stu procentach programem satyrycznym, ani talk show-em. SMS jest za to w stu procentach reklamówką ITI. SMS jest post-gatunkowym post-programem, godzinnym seansem przypominającym widzom, jakie programy można obejrzeć na TVN-ie, jednocześnie w wybitnie dobry sposób zachowującym pozory posiadania innego celu. W bloku reklamowym bezpośrednio poprzedzającym reemisję odcinka widzowie zaproszeni zostali do kin na pokaz Gnomeo i Julii (dystrybutor: ITI Cinema), jak również na behind the scenes, który ma zostać wyemitowany przez TVN we wtorkową noc. Pierwszym tematem poruszonym przez Majewskiego było podkładanie głosu przez Szyca właśnie do tego filmu; po chwili nastąpiło płynne przejście do Ostaszewskiej: Majewski poprosił Szyca, by ten zdubował fragment serialu Przepis na życie (emitowanego przez TVN, w jednej z głównych (?) ról Ostaszewska). Całość zakończyła się parodią innego programu nadawanego przez tę stację. QED.

JASON MITTELL

Pora wesprzeć się wymienionymi w jednym z poprzednich wpisów tezami sformułowanymi przez Jasona Mittella w książce A Cultural Approach to Television Genre Theory.

  • Każdy aspekt telewizji opiera się na gatunkowości. Mimo tego, że SMS ciężko zaszufladkować jako program satyryczny lub talk show czy też reklamę, gołym okiem widać, że bez względu na recepcję program projektowany był z myślą o gatunkowości. Fakt, że łączy on dwa popularne gatunki świadczyć może o tym, że producenci postanowili stworzyć fuzję dwóch form gwarantujących wysoką oglądalność i zwiększających ją w synergiczny sposób. 
  • Dychotomia „wewnętrzność”-zewnętrzność jest bytem sztucznym. SMS zdaje się być programem najjaskrawiej potwierdzającym tę tezę. Mamy tu zarówno intermedialność (wspomniana powyżej emisja krążącego akuratnie filmiku-memu z YT), wewnętrzną dla stacji intertekstualność (odniesienia do X Factor, Przpisu na życie oraz Gnomeo i Julii), jak również, choć już w mniejszym stopniu, komentarz na temat bieżących wydarzeń politycznych. Całość jest silnie osadzona w kontekście, bez znajomości którego spora część żartów najzwyczajniej nie trafi w odbiorcę; jednocześnie sam tekst niejako staje się kontekstem dla tekstów, do których się odnosi – możliwe są narodziny dowcipów i komentarzy krążących wyłącznie w mini-środowiskach związanych z, na przykład, X Factor, których zrozumienie wymagać będzie znajomości ostatniego odcinka SMS.  Nie można również nie wspomnieć o pogłoskach, według których przynajmniej część żartów Majewskiego powstaje niejako na zamówienie, w efekcie sond przeprowadzanych przed nakręceniem odcinka.
Reklamy

Narrrrrracja

Muszę przyznać, że postawione przede mną zadanie zbadania narracji w serialu pod kątem tekstu Sary Kozloff z początku zapowiadało się na nie lada wyzwanie, jako że do tego typu programów telewizyjnych żywię wyjątkowo mocną awersję graniczącą wręcz z uprzedzeniem. Główną przyczyną tej nienawiści jest pewnie wstręt do cliffhangerów, jak również preferowanie z góry zaplanowanych historii w miejsce fabuł w pewien sposób ograniczanych i/lub dyktowanych komercyjnym potencjałem (etap odcinka pilotowego) i komercyjnym sukcesem (epizody następujące po pilocie). Nie chodzi tu bynajmniej o konflikt na linii wolność autorskiej ekspresji-reguły wolnego rynku ani też o rzekomy wymóg odnoszenia się do gustu masowego odbiorcy; sednem jest fakt, że czasami niemożliwe jest stworzenie spójnej historii w obliczu braku pewności, czy stacja pozwoli nakręcić (i, co ważniejsze, wyemitować) odcinki w ilości wystarczającej do przedstawienia wszystkich trzech aktów, lub, w skrajnie przeciwnym przypadku, czy marka nie okaże się produktem tak lukratywnym, że mimo rozwiązania wszystkich wątków rozpoczętych w wyjściowym scenariuszu scenarzyści zmuszeni będą na siłę wymyślać dalsze perypetie nijak niepasujące do początkowej wizji.

Mimo tych początkowych wątpliwości nie byłem skazany na błądzenie po omacku lub pracę z materiałem, który by mnie odpychał. Arrested Development, czyli jeden z dwóch seriali, które z czystym sercem polecam każdemu, kto ma cierpliwość mnie wysłuchać, okazał się być tytułem doskonałym do analizy zgodnej z tekstem Kozloff. Ledwie trzy sezony, stała liczba nieschematycznych bohaterów, liczne wątki, postmodernistyczne odwołania do natury medium na poziomie meta, wielopoziomowość historii i inne cechy sprawiły, że najpopularniejsze dziecko Mitchella Hurwitza zdawało się być pewnym przedmiotem do badania.

Jednak wraz z poznawaniem kolejnych to cech narracji, do głowy przyszedł mi znacznie ciekawszy pomysł. „Okej”, powiedziałem do mojego psa, który w tym czasie modlił się do smutnych skrawków pizzy leżących na moim biurku. „Jak już trafił mi się temat, który mógłbym wykorzystać do dalszego wypromowania jedynych seriali, które uważam za warte uwagi, to równie dobrze mogę dać sobie spokój z mimo wszystko formalnie standardową produkcją i zamiast tego przeanalizować tytuł jeszcze bardziej kultowy, tytuł będący wyjątkowo świeżym i odważnym eksperymentem, tytuł kształtujący nawyki konsumpcyjne milionów Amerykanów, tytuł przełamu -NIE, NIE IDŹ, DAM CI ZARAZ KAWAŁEK, NIE CHCĘ MÓWIĆ SAM DO SIEBIE”. Nagłe przekierowanie uwagi psa na otwierające się drzwi do mieszkania wyrwało mnie z toku myśli, w każdym bądź razie decyzja została podjęta: zbadam Mystery Science Theater 3000.

Mystery Science Theater 3000, lub po prostu MST3K, to kręcony i emitowany w latach 1988-1999 „format hybrydyczny” stworzony przez Joela Hodgsona. Zamysł i formuła programu była prosta i większości z nas znana z doświadczenia: trzy postacie (mężczyzna i dwa roboty; okej, może nie każdy z nas zna ich aż tyle) oglądają potwornie słabe, niskobudżetowe i mało znane filmy, na bieżąco (względem odbioru przez widza, oczywiście) je komentując, wyszydzając, wyśmiewając, krytykując i dopowiadając własnego autorstwa dialogi między bohaterami. Już na tym poziomie widać coś interesującego: oglądając MST3K oglądamy ludzi oglądających film. Serial (?) ten zwrócił na siebie uwagę m.in. Stevena Johnsona, który wskazywał na ten poziom meta w Bitmapping: An Introduction.

Taki krótki opis jest potrzebny nie tylko po to, żeby przybliżyć czytelnikowi badany tytuł, ale przede wszystkim dlatego, że w praktyce dyktuje on wszelką narrację w nim występującą. Tak jak w większości seriali narracja odpowiedzialna jest za przekazywanie widzowi pewnej historii, tak w przypadku MST3K jest jedynie przybudówką, wątkiem pobocznym, konstruktem istniejącym być może tylko po to, żeby nadać serii, mówiąc kolokwialnie, ręce i nogi wymagane przez naturę medium. Sarah Kozloff, pisząc o narracji telewizyjnej, rozbija ją na trzy warstwy: historię, dyskurs i ramówkę. Bez zbędnych udziwnień zbadam narrację w MST3K w takim właśnie porządku.

Historia

Historia przedstawiona w MST3K jest czymś dość kuriozalnym, jako że praktycznie nie istnieje. Bardziej adekwatnym określeniem byłby premise albo setting (polskie odpowiedniki tych słów nie oddają dość dobrze ich znaczenia w kontekście narracji), jako że każde wydarzenie, bez względu na to, czy wpływa na ogólny kształt serialu (jak na przykład przejęcie przez Pearl Forrester roli pozornego antagonisty po doktorze Forresterze), czy nie owocuje żadnymi efektami wykraczającymi poza dany epizod (proces Mike’a Nelsona, który w pewnym momencie zastąpił Joela Hodgsona), nie jest w żaden sposób umiejscowione w centrum odcinka, sezonu czy całej serii, a jedynie pełni funkcję przerywnika między znacznie dłuższymi seriami hecklingu, seriami, które faktycznie są głównym celem i środkiem MST3K. Warto w tym momencie zwrócić uwagę na zaskakujące podobieństwa w narracji w tym serialu i w niektórych grach komputerowych: setting/premise nie funkcjonuje tu jako siła napędowa, mechanizm prowadzenia odbiorcy przez historię, zamiast tego wyjaśnia naprędce, skąd wzięli się główni bohaterowie oraz czemu robią to, co robią, by następnie zostawić odbiorce sam na sam z głównym punktem produktu: niezobowiązującą rozrywką.

Dokonany przez Chatmana podział na rdzeń i satelity historii w bardzo wyraźny sposób znajduje swoje odzwierciedlenie w MST3K: rdzeniem będzie tu zarówno setting/premise (zły doktor Forrester chce zdobyć władzę nad światem ogłupiając ludzi słabymi filmami, ale najpierw testuje ich potencjał na trójce głównych bohaterów), jak i kolejne wydarzenia, które mają miejsce tylko i wyłącznie dlatego, że zmienia się obsada serialu (wspomniana introdukcja Pearl Forrester kontynuującej ten plan) lub zmierza on ku końcowi (awaryjne lądowanie Satelity Miłości na Ziemi w ostatnim odcinku). Satelitami natomiast będą problemy, z którymi Joel/Mike, Crow T. Robot oraz Tom Servo borykają się w konkretnych epizodach, bez względu na to, czy są to wydarzenia prowadzone przez jeden tylko odcinek (niania zastępująca Pearl i traktująca wszystkie postacie jak dzieci), czy przez kilka (osobisty kryzys Pearl).

Co ciekawe, do MST3K nijak nie pasują definicje historii spisane przez Todorova, Arystotelesa czy Freytaga. Perypetie bohaterów, przedstawiane bardziej jako skecze niż sceny lub sekwencje, niekoniecznie opierają się na schemacie równowaga-utrata równowagi-odzyskanie równowagi, nierzadko nie posiadają konkluzji, często bywa też tak, że nie występuje w nich jakikolwiek konflikt. Określone przez Proppa typy dramatyczne również często nie imają się postaci z MST3K: przedstawiona jako antagonistka Pearl w jednym z epizodów zamienia się miejscami z Michaelem, co okazuje się mieć efekt inny, niż można by się spodziewać: zaprzyjaźnia się ona z komentującymi film robotami, Mike natomiast znajduje nić porozumienia ze współpracownikami Pearl, czyli małpą-naukowcem Bobo i wszechwiedzącym Obserwatorem. Trudno też mówić o schematycznych funkcjach fabularnych, jakie odgrywają bohaterowie: historia (zarówno rdzeń jak i satelity) najczęściej jest tak prosta, że nie występują w niej dramatyczne zwroty akcji, poświęcenie, zdradza itp. Większość wydarzeń opiera się na relacjach na linii Pearl-Mike/Crow/Tom, relacjach, które najbardziej przypominają stosunki między posiadającym zbyt dużo władzy naukowcem a pełnymi sarkazmu szczurami laboratoryjnymi.

Zamykając analizę tej warstwy narracji warto zwrócić uwagę na bardzo ważną cechę programu: samoświadomość. Można by wymieniać tysiące przykładów samoświadomości, ale zamiast tego wystarczy zacytować końcową zwrotkę piosenki otwierającej każdy kolejny odcinek, zwłaszcza, że uwydatnia ona umowność historii i podkreśla jej instrumentalną rolę:

If you’re wondering how he  eats and breathes

and other science facts,

Just repeat to yourself, „It’s just a show,

I should really just relax…”

Dyskurs

Najważniejszy element tej warstwy, narrator, jest kolejną rzeczą wyróżniającą MST3K spośród innych seriali, i jednocześnie czynnikiem zmuszającym do zadania pytania: czy to w ogóle jest serial?

Teoretycznie wskazanie osoby narratora nie będzie trudne: jeśli to Joel/Mike jako jedyni zwracają się bezpośrednio do widowni, to najwidoczniej oni muszą być „bardami”. Kłopot polega na tym, że przemawiając do odbiorcy patrzą nie do kamery w klasycznym, medialnym znaczeniu tego słowa, lecz do kolejnego robota imieniem Cambot. Cambot pojawia się tylko i wyłącznie w czołówce, w segmencie Robot Roll Call, ale mimo to jest on znaczącym elementem całego widowiska, jako że pełni funkcję nie tylko kamery-przekaźnika między wydarzeniami na Satelicie Miłości a widzami, ale też między samą jego załogą a doktorem Forresterem/Pearl. Można by więc uznać, że kiedy Mike zapowiada przerwę na reklamy słowami we’ll be right back, nie zwraca się on do odbiorców, a do swojego „pracodawcy”.

Kolejne komplikacje pojawiają się, gdy próbujemy określić formę wypowiedzi/prezentacji narratora. Joel/Mike nie opisują żadnych wydarzeń, nie streszczają poprzednich odcinków i nie zapowiadają następnych, nie wprowadzają widza do akcji. Jedynym elementem ich zachowania, które można uznać za narrację, jest zapowiadanie przerw reklamowych. W obliczu tych niejasności zupełnie sensownym staje się pytanie: czy narratorem nie jest aby Cambot?

O dziwo, taka opcja jest najbardziej prawdopodobna. Jeśli to Cambot (przypomnijmy dla podkreślenia: robot-kamera) decyduje, czy Joel/Mike zwraca się do „pracodawcy”, czy do widza (doktor Forrester/Pearl nigdy nie odpowiadają na zapowiedzi reklam), jeśli bohaterowie z Satelity Miłości nie widzą, co dzieje się w bazie Pearl/Forrestera, dopóki nie zobaczy tego sam widz, to najbezpieczniej będzie uznawać, że w tym przypadku gawędziarzem rzeczywiście będzie kamera wzbogacona cechami ludzkimi.

Kontrowersje w kwestii prawa MST3K do nazywania się serialem w dużej mierze biorą się z połączenia wyjątkowości w warstwie historii i dyskursu: z jednej strony formuła skeczy-przerywników między oglądaniem filmów przypomina raczej programy dla dzieci lub nawet programy kulinarne, z drugiej obecna jest fabuła, nawet, jeśli przyjmuje postać setting/premise okazjonalnie urozmaiconego wydarzeniem uznawanym za jakiś punkt zwrotny na przestrzeni dłuższego czasu. Nie będzie pozbawiona podstaw opinia mówiąca, że dokonany przez Sarę Kozloff podział na serie, seriale i formaty hybrydyczne ukonstytuowany może zostać przypadkiem balansującego na granicy różnych gatunków MST3K.

Ramówka

W tej warstwie analiza narracji nie przysparza żadnych problemów jako że lwia część odcinka poświęcona jest swobodnemu komentowaniu słabych filmów. Należy jednak zaznaczyć, że sednem programu nie są same filmy, lecz drwiny i szyderstwa – w związku z tym przerwy na reklamy (i najczęściej łączące się właśnie z nimi przerwy na skecze) nie są uzależnione od wzrostu/spadku napięcia akcji, zamiast tego zawsze umiejscowione są mniej więcej w tym samym momencie. Nieobecne są jakiegokolwiek rodzaju zapowiedzi następnych epizodów lub streszczenia poprzednich – wyjątkiem jest jeden odcinek, który wykorzystał klasycznie brzmiące previously on The Sattelite of Love do drwin z konwencji gatunku. Najbardziej standardowym elementem jest przykuwająca do napisów końcowych, trwająca dwie-trzy sekundy powtórka wycinka sceny, który najbardziej przypadł do gustu producentom.

Na koniec analizy warto wspomnieć o projekcie Mike’a J. Nelsona rozpoczętym w parę lat po zamknięciu serii MST3K, czyli RiffTrax – serwisie umożliwiającym kupno samej ścieżki komentarza, tym razem niezależnej od wymogów telewizji i pozbawionej instytucji bohatera (komentatorzy zwracają się do siebie po imieniu) czy też fabuły.

Telewizyjna gatunkowość, część pierwsza: Jason Mittell

Bez zbędnego wstępu czas rozłożyć A Cultural Approach to Television Genre Theory na punkty.

  • Każdy aspekt telewizji opiera się na gatunkowości. Wybrane teksty telewizyjne wpasowują się w istniejące już gatunki lub łączą je ze sobą; tematyczne stacje telewizyjne poświęcają całą swoją ramówkę konkretnemu gatunkowi; inne stacje tworzą bloki programowe skupiające się na danym gatunku i tak dalej. Większość badaczy uznaje gatunki stworzone przez film i literaturę za znajdujące swoje odpowiedniki w telewizji i w pełni ją wyjaśniające, z czym nie zgadza się m.in. Jane Feuer.
  • Istnieją trzy metody badań gatunku jako składnika tekstu. Pierwszy kładzie nacisk na definicję (czyli podstawowe elementy odróżniające jeden gatunek od drugiego), drugi na interpretację (skupiając się na kontekście społeczno-kulturowym), trzeci na historię (przyglądając się ewolucji gatunków przez pryzmat zmian kulturowych).
  • Gatunki telewizyjne wymagają nowego, indywidualnego podejścia. Mittell zwraca uwagę na różnicę między gatunkiem pojmowanym jako kategoria tekstu a gatunkiem-komponentem. Stawianie tekstu w centrum podczas badania całego gatunku prowadzi do licznych problemów: pojedynczy przedstawiciele gatunku nie tworzą wszak gatunku, a jedynie wpisują się w istniejącą już kategorię ze względu m.in. na wygodę. Ważną kwestią jest również brak jednoznacznych i jednolitych kryteriów rozróżniających – o przynależności do danego gatunku może (ale nie musi) decydować miejsce akcji, intertekstualność itp. Dodatkowo możliwe jest powtórne przypisanie danego utworu do gatunku w obliczu zmiany kontekstu kulturowego. Mittell zwraca uwagę, że gatunek nie istnieje wewnątrz pojedynczego dzieła (przykładem gatunek kładący silny nacisk na intertekstualność, która uniemożliwia funkcjonowanie gatunku jako jedynie komponentu).
  • Dychotomia „wewnętrzność”-zewnętrzność jest bytem sztucznym. Mimo faktu, że gatunki nie są bytem immanentnym i są tworzone zewnętrznie (przez uzależnienie od np. przemysłu i widowni, czyli w praktyce: planu i odbioru) nie można uznawać granicy między tekstem a kontekstem za stałą. Tekst istnieje tylko w kontekście, a granica między jednym a drugim jest wyjątkowo chwiejna i zmienna, szczególnie w przypadku telewizji.
  • Gatunek powinien być badany jako praktyka dyskursywna. Mittell odwołuje się do zdefiniowanej przez Michela Foucaulta instytucji formacji dyskursywnej, czyli osadzonych w historii systemów myśli, kategorii definiujących doświadczenie kulturowe wewnątrz większych systemów; formacje dyskursywne są ponadto tworzone i wykorzystywane przez kulturę, w której istnieją. Kolejną przywoływaną instytucją jest funkcja autora, na którą Mittell powołuje się uznając gatunek za coś, co nie jest ani wewnętrzną, ani niezbędną funkcją tekstu.
  • Istnieją trzy podstawowe praktyki dyskursywne łączące koncepty kulturowe z gatunkami: definicja, interpretacja i ewaluacja. Mittell twierdzi, że w miejsce tych praktyk należy postawić badanie tekstów jako miejsca praktyk dyskursywnych, co w praktyce oznacza, że zamiast skupiać się podczas badań na pojedynczym obszarze, winno się zebrać jak najwięcej materialnych przejawów istnienia gatunku telewizyjnego z jak największej liczby źródeł, wliczając w to dokumenty, recenzje, komentarze, parodie etc. Mimo nieścisłości, które muszą powstać na niższym szczeblu, na wyższym powstanie wypadkowa prezentująca stabilność i jednoznaczność gatunku – jednak celem takiego badania nie jest stworzenie ostatecznej definicji gatunku, a jedynie zbadanie sposobów, w jakich są one kulturowo definiowane i interpretowane. Do takiego poglądu zbliżył się Richard Altman w książce Film/Genre, jednak mimo wzięcia pod uwagę znaczenia procesów kulturowych w tworzeniu i definiowaniu gatunków, koniec końców stawił on strukturę tekstualną w centrum swoich badań.
  • Teoretyka gatunkowa powinna brać pod uwagę to, w jaki sposób procesy gatunkowe działają wewnątrz kontekstu kulturowego, w jaki sposób przemysł i odbiorcy definiują gatunki oraz kuriozalność niestabilności gatunków na przestrzeni czasu przy jednoczesnej jednolitości w wybranym punkcie w historii swojego istnienia. Uznanie gatunku za formę dyskursywną pozwala ten paradoks zrozumieć.
  • Gatunki są zbiorami dyskursywnymi – zmiennymi, niehermetycznymi i tworzonymi od zewnątrz.
  • Ograniczenie badań gatunku do jego pojedynczego elementu pozwala uniknąć niepotrzebnych i mylnych uogólnień, jednocześnie podkreślając złożoność i kompleksowość samego gatunku. Badania powinny również czerpać z dokonanego przez Tzvetana Todorova rozróżnienia między gatunkami historycznymi (których przedstawicieli znaleźć można w praktyce) oraz teoretycznymi (formującymi użyteczne dla badaczy idee).
  • Gatunki powinny być łączone z praktykami kulturowymi oraz osadzane wewnątrz większych systemów kulturowych hierarchii, należy również pamiętać o tym, że gatunki nie są wolne od związków z treściami politycznymi i światopoglądowymi.

Śniadaniowo w telewizji

Artykuł Francesco Casettiego i Rogera Odina wprowadza podział na paleo- i neo-telewizję. Paleo-telewizja jest to dla nich „instytucja”, w której poszczególne programy podzielone są gatunkowo – programy muzyczne, kulinarne, motoryzacyjne itd., przeznaczone dla określonej grupy widzów. Są też uformowane w ścisłą ramówkę, o sprecyzowanych ramach czasowych. Z kolei neo-telewizja według autorów oferuje coś więcej – interakcję widza  z oglądanymi programami. I tak można zadzwonić do studia, wziąć udział w teleturnieju, zadecydować o filmie, który zostanie puszczony w kolejnym tygodniu itp. Staje się miejscem wymiany poglądów i opinii.

Na przykładzie tego tekstu chciałabym poddać analizie program „Dzień Dobry TVN” z dnia 12.03.2011 roku, emitowany w telewizji między 8.30 a 11.00
„Dzień Dobry TVN” to program prowadzony przez róże pary prowadzących – od poniedziałku do piątku jest to Dorota Wellman i Marcin Prokop albo Jolanta Pieńkowska i Robert Kantereit, a w weekendy Magda Mołek i Andrzej Sołtysik albo Kinga Rusin i Bartosz Węglarczyk. Program ma bardzo zróżnicowaną tematykę – poza stałymi elementami w stylu wiadomości, prognozy pogody, czy przeglądu prasy, do studia zapraszani są rozmaici goście, zarówno ci bardziej znani, jak i praktycznie anonimowi. Rozmowy dotyczą ich życia prywatnego, hobby, czy aktualnych tematów społeczno-politycznych.
Tego dnia parą prowadzących była Magda Mołek i Andrzej Sołtysik. W programie dowiedzieliśmy się:
– gdzie Anja Rubik spędziła wakacje (Australia),
– mogliśmy obserwować Pascala Brodnickiego, który wraz z narzeczoną gotował na ekranie,
– poznaliśmy filmowe nowiny z Piotrem Trzaskalskim,
– obejrzeliśmy wiadomości, głównie związane z trzęsieniem ziemi w Japonii, w studiu odbyła się też dyskusja na ten właśnie temat z zaproszonymi gośćmi – Jackiem Pałasińskim i Rafałem Tomańskim,
– wysłuchaliśmy wywiadu z Peterem Weirem i Collinem Farellem, na temat filmu „Niepokonani”, który otworzy tegoroczny festiwal Off Plus Camera, organizowany w dniach 8-17 kwietnia,
– przeglądaliśmy prasę z Marcinem Mellerem, zwiedzaliśmy mieszkanie Dawida Wolińskiego, oglądaliśmy polskich emerytów na wczasach w Indiach,
– poznaliśmy kobiety z albumu „Boskie Matki”, które mimo raka zdecydowały się urodzić dziecko,
– posłuchaliśmy występu jednej z uczestniczek holenderskiej edycji programu X Factor – Karoliny Krucz, po którym udzieliła krótkiego wywiadu,
– zapoznaliśmy się z Krystyną Mazurską – tancerką,
– dowiedzieliśmy się, jaka będzie pogoda w najbliższym czasie,
– poznaliśmy ramówkę programy na następny dzień.
Większość segmentów programu jest do obejrzenia na oficjalnej stronie internetowej „Dzień Dobry TVN”

Jeżeli chodzi o odniesienie tego akurat programu do definicji neo-telewizji z artykułu, to wydaje mi się, że wspomniana przez autorów relacja widza z programem nie jest aż tak widoczna. Widz istnieje za pośrednictwem pary prowadzących, którzy otwierają przed nim kolejne segmenty programu. W tego typu programach najbardziej widoczna jest chyba sytuacja wspólnego biesiadowania – studio zorganizowane na wzór salonu w domu, zaprasza widza do uczestnictwa w rozmowach z gośćmi, ale na zasadzie biernego słuchacza. Czasami w „Dzień Dobry TVN” mamy do czynienia z czatem z zaproszonym gościem, ale akurat tego dnia nic takiego nie miało miejsca. Tematyka programu była bardzo bliska życiu, codziennym czynnościom, często obecne są zwroty bezpośrednio do widzów, zarówno z ust prowadzących, jak i widzów. Zwiększają one wrażenie wspólnego uczestniczenia w prezentowanym programie.

Podsumowując, program „Dzień Dobry TVN” jest dobrym przykładem opisanego przez Francesco Casettiego i Rogera Odina modelu neo-telewizji. Oferuje sytuację wspólnego biesiadowania, czasem również aktywnego uczestnictwa widza. Porusza tematy codzienne, te ważne, które dotykają mnóstwa osób – trzęsienie ziemi w Japonii, te, które dotyczą znanych osób – Anja Rubik w Australii, czy także te, które odwzorowują zwykły rytm dnia widza – gotowanie, dekorowanie mieszkania. Samo studio, zbudowane na wzór salonu, zaprasza do środka, sprawia, że widz może poczuć się jak gość w czyimś domu. Częste zwroty do odbiorców wprowadzają bezpośredniość, a także brak skrępowania, jak w rozmowie z kimś znajomym. Wszystko to zapewnia widzowi relaks, który o tak wczesnej porze ma za zadanie pozytywnie nastroić na resztę dnia.

30 minut TVN-u 24

Analiza trzydziestu minut ramówki stacji telewizyjnej byłaby chyba bardziej spójna, gdyby ją zacząć o pełnej godzinie albo przynajmniej wraz z rozpoczęciem konkretnego programu, jednak okazało się, że wybierając za początek pracy godzinę całkowicie losową łatwiej jest skupić się na samej istocie sekwencji przekazywanych informacji i formie ich przedstawiania. Przy okazji przy takim podejściu rzuca się w oczy być może jedna z najważniejszych funkcji stacji informacyjnych: powiadamianie o ważnych (lub nie) wydarzeniach w taki sposób, by umożliwić widzowi zrozumienie esencji materiału niezależnie od tego, czy oglądał on go od samego początku, czy też włączył telewizor już pod koniec transmisji.

Włączając TVN24 o godzinie 15:44 trafiłem akurat na transmitowaną na żywo, o czym informował mały znaczek w rogu ekranu, przemowę Donalda Tuska wygłaszaną z okazji otwarcia Narodowego Centrum Nauki w Krakowie. Ze względu na analityczne podejście do oglądanego materiału, zamiast słuchać słów uwagę skupiłem na zajmujący ćwierć ekranu blok graficzny, który, tak na marginesie, zawsze mnie rozprasza oferując ciągły strumień zalążków informacji walczący z kimkolwiek akuratnie się wypowiadającym. Tuż powyżej paska umieszczono zaproszenie na stronę tvn24.pl, gdzie, jak mniemam, owe zalążki znajdują swoje rozwinięcie; obok znajduje się adres mailowy zachęcający do kontaktu.

Jednak najważniejszym elementem biało-niebieskiej ramki jest pełniący rolę swoistego nagłówka element znajdujący się powyżej wymienionych wcześniej składników. Oprócz pełnienia funkcji napisu informującego o oglądanym programie/transmisji co jakiś czas zmienia się on na chwilę w graficzny pojemnik na różne soundbite’y, zakładając oczywiście, że padnie wypowiedź warta użycia jako skrót czyjejś opinii lub komentarza. Oczywiście, zgodnie z tym, co udowadniał Raymond Williams, ekran nie jest pozbawiony elementów walczących o przykucie uwagi widza na dłużej – na lewo od części bloku poświęconej informacjom „zewnętrznym” (znaczy: niedotyczącym bezpośrednio samego medium) umiejscowiono małą ramkę informującą o innych oferowanych w najbliższej przyszłości programach, zachęcając do zostania przed telewizorem jeśli nie dla samego programu, to chociaż dla zaproszonych gości.

Po zakończeniu przemówienia zamkniętego iście filmowym odjazdem kamery nadszedł czas na blok reklamowy poprzedzony zapowiedzią popołudniowego programu informacyjnego. Blok reklamowy został w ciekawy sposób podzielony tak, żeby jak najefektywniej wykorzystać narzucane przez KRRiT ograniczenia na reklamy: najpierw puszczono trzyminutowy zlepek sześciu reklam, potem otwartą i zamkniętą informacjami o sponsorach prognozę pogody (trwającą krócej, niż podziękowania dla sponsorów), po czym nastąpił kolejny trzyminutowiec celujący albo w każdą osobę, która potencjalnie siedzi w tym czasie przed telewizorem, albo w mało znaną mi niszę cierpiących na ból stawów karmiących matek-kinomanek prowadzących biznes w przerwach między troszczeniem się o swój samochód, wycieczkach do supermarketów o różnych profilach i piorących ubrania tak, żeby wyeliminować możliwie jak największą liczbę bakterii (gdzie ideałem zdaje się być 99,9% skuteczności). Nawiasem mówiąc, ciekawa była reklama funduszu inwestycyjnego, którego powszechnie znana i rozpoznawana maskotka z wyraźnym oburzeniem odnosi się do wymaganych zapewne przez UOKiK informacji o niestabilności rynku.

Popołudniowy serwis informacyjny zaczął się tak, jak przewidział Williams: na wstępie przedstawiono zajawki czterech wiadomości, w wyborze których kierowano się zapewne przede wszystkim atrakcyjnością tematu, nie wagą – w końcu na ważne doniesienia poświęca się raczej wydania wieczorne. Pierwszy zapowiedziany materiał dotyczył decyzji Adama Małysza o zakończeniu kariery, drugi – słabego szkolenia pilotów wojskowych, trzeci – 17-letniego pirata drogowego, czwarty – wycofywaniu przez Mazdę samochodów z powodu zagnieżdżania się w nich pająków.

Odejście Pierwszego Polskiego Skoczka okazało się być wiadomością na tyle poważną, że poświęcono mu aż 9 minut programu, co trochę mnie zasmuciło z racji tego, że zamknięcie analizy dokładnie po 30 minutach w zabawny sposób odrywa całe medium od kontekstu przekazywanych informacji, ale z drugiej strony póki co nie dowiedziałem się niczego ciekawego. Drugi i trzeci materiał, opatrzony, tak jak pierwszy, krótkim materiałem wideo i dźwięcznym podpisem („Orzeł ląduje”/”Nowe odbicie”/”Symulacja szkoleń”/”Dowody zbrodni”) unoszącym się nad prawym barkiem samotnej prowadzącej przedstawiającej wstęp do informacji, nie był dość wartościowy, by poświęcić mu więcej czasu, niż poświęcono go snuciu domysłów na temat przyszłej kariery Małysza.

Kiedy zadzwonił budzik wzywający do przekucia obserwacji w notkę na Telewyzory, sam siebie pozostawiłem z niedosytem informacji. Z dwóch powodów: po pierwsze, interesowało mnie, czy w materiale o piracie drogowym zwrócona będzie uwaga na fakt, że siedemnastolatka bez prawa jazdy zaczął gonić nieoznakowany samochód (widzowi prezentuje się informację, że jest to samochód policyjny), co z punktu widzenia łamiącego prawo mogło zapowiadać niebezpieczeństwo zupełnie niezwiązane z wymiarem sprawiedliwości. Po drugie, z jakiegoś powodu platforma cyfrowa Cyfra+ kataloguje prawie że wszystkie programy nadawane przez stację TVN24 jako „DLA PRZEDSZKOLAKÓW”, co dość fajnie komponowałoby się z zapowiedzianym we wstępniaku materiałem.

Przedszkolaki ucieszą się na wieść o pająkach wijących gniazda w samochodach